Kanał RSS

Życie w dalekiej, północnej Norwegii | Kadry z Nordkynu

0

Kwiecień 30, 2013 przez admin



Życie w dalekiej, północnej Norwegii

Kadry z Nordkynu






Książę utonął jesienią 1960 r. – Tak go przestraszył hałas spadających baniek po mleku, że biegnąc na oślep, wpadł do morza, zaklinował się pod pomostem i mimo że świetnie pływał, nie udało mu się wydostać – Birger Amundsen skręca z drogi asfaltowej w kamienistą zaraz za znakiem „Skjøtningberg 12 km” i zatrzymuje srebrną Hondę Civic rocznik osiem pięć. – Ojciec pochował go gdzieś tutaj. To musiało być niedaleko od tej drogi, gdzie nie ma tylu kamieni i można było łatwiej dojechać traktorem. Pędziłem na rowerze, pamiętam, że z tego całego zamieszania zapomniałem założyć buty. Ojciec i jego pomocnik strasznie klęli, ciągnąc zwłoki do wykopanego dołu. Martwy koń waży przecież z pół tony, a co dopiero taki wyłowiony z morza. Nie można go było zjeść. Trzeba było wywieźć z miasta i pogrzebać.

Birger Amundsen dziś jest dziennikarzem, ale jako dwunastolatek sfotografował całe zajście swoim świeżo zakupionym czechosłowackim aparatem Flexaret. Te, jak i inne zdjęcia z początku lat 60., ilustrujące życie Kjøllefjord – norweskiej osady rybackiej (fiskevær) na półwyspie Nordkyn – można oglądać w Christensen, lokalnej galerii, a zarazem dawnym budynku do patroszenia ryb. 44 czarno-białe fotografie, a na nich wycinek z życia niespełna półtoratysięcznej społeczności sprzed pół wieku.

O, to ja jestem – Magne o posturze dorodnego morsa i imponującym zaczesie z dumą wskazuje na chłopca, który na jednym ze zdjęć uśmiecha się do niemowlęcia w wózku. – A ten tam w tej białej czapeczce to mój kuzyn. Jak raz wypłynął w morze, to potem tylko łódkę znaleźli. Dramatyczne historie przeplatają się ze zwykłymi. Ktoś zapił się na śmierć, a ktoś inny właśnie został po raz trzeci dziadkiem. Śluby, pogrzeby, parady z okazji narodowego święta 17 maja, fotografie szkolne, zawody sportowe, łódź wyrzucona na brzeg, skoki do morza na główkę. I koń. Tłum gapiów i mężczyzna na łodzi wyławiający nabrzmiałe zwłoki.

Fiskevær

Fiskevær powstawały w XVI–XVII w. na całym norweskim wybrzeżu, a największe ich skupisko można spotkać w trzech północnych regionach: Trondelag, Troms i Finnmark, do którego należy Kjøllefjord. W latach 1944–45 Niemcy spalili doszczętnie prawie wszystkie, ale po wojnie nowi osadnicy szybko odbudowali domy i zapełnili je świeżymi rękami do pracy.

Im dalej na północ, tym zależność człowieka od ryb była większa. W tzw. fiskebruk, do których dostarczano ryby, patroszono je, montowano liny z haczykami i sieci, toczono bogate życie towarzyskie przy nieodłącznej na północy Norwegii kawie i gumowatych gofrach ze śmietaną i dżemem. Tam też przez lata przygotowywano ryby do dalszej obróbki oraz konserwowano. Wszystko było w pełni uzależnione od sezonowości występowania poszczególnych gatunków: dorsz wiosną, czarniak i dziki łosoś latem, plamiak jesienią, karmazyn przez cały rok.

Jak ryby nie przypływały, to rodzice nie kupowali nam cukierków – wspomina Jan Erling, szkolny kolega Birgera Amundsena, od lat 70. na morzu. Ryba suszona (stockfisk), półsuszona (boknafisk), piekielnie solona (klippfisk) i moczona w roztworze zasadowym (lutefisk). Pudding rybny, rybie ciasto i świeża wątroba dorsza. Od wieków przygotowywane w ten sam sposób. Krewetek nikt wówczas by nie tknął, o innych owocach morza nie wspominając. – Naszym największym przysmakiem były świeże języki dorsza – rozmarza się Jan Erling. – W fiskebruk odcinano im głowy. My, kilkuletni chłopcy, te głowy przechwytywaliśmy, wykrawaliśmy języki i potem sprzedawaliśmy po 5 øre za sztukę wprost z wiadra, chodząc od drzwi do drzwi.


Książę

Jan Erling pamięta dobrze historię Księcia. Stał razem z innymi dziećmi, patrząc na topiącego się konia.

Sprowadziliśmy się z żoną Kitty do Kjøllefjord w 1946 r. – właściciel Księcia, 88-letni dziś Birger Amundsen senior, od śmierci żony mieszka w Tromsø, gdzie codziennie o godz. 11 idzie do kawiarni Hansen, zamawia czarną kawę i czyta wnikliwie gazetę „Nordlys”, łącznie ze stopką redakcyjną, listami do redakcji i nielicznymi w tej szerokości geograficznej nekrologami. – Miałem cztery konie i byłem jedynym woźnicą w miasteczku. Trzeba było kogoś zawieźć do lekarza, na cmentarz czy opróżnić wychodek wołali mnie. Ktoś umarł, woźnica Amundsen wiózł go na cmentarz. Dobre drogi zbudowano dopiero później – Amundsen senior zanurza kostkę brązowego cukru w kawie. – Zajeżdżaliśmy te konie, to prawda. Ryby musiały leżeć w chłodzie. Dziesięć kursów saniami dziennie po cztery kilometry stromo pod górę do jeziorka, skąd wykrawaliśmy ręcznie lód. Na jeden transport przypadały cztery bloki, ćwierć tony każdy. Jeden koń na jedne sanie.

Śmierć Księcia była więc ogromną stratą. Jeden koń mniej to setki kilogramów ryb na zmarnowanie. – Żal zwierzęcia; to był bardzo dobry koń, mimo że narowisty – Amundsen zbiera okruszki czekoladowej babeczki ze stołu. Drugiemu, zwanemu Soken (Skarpeta, bo miał białe przednie kopyta), którego kochały wszystkie dzieci, przeciążył się kręgosłup. Został zabity strzałem w głowę. Potem zjedzono go jak inne zwierzęta rzeźne.

Kiedy już wszystkie konie podzieliły los Sokena, Amundsen skupił się na prowadzeniu rodzinnego sklepu Amundsen Kiosk z płytami winylowymi, książkami, kolorową prasą, kosmetykami, biżuterią i słodyczami. Po śmierci żony w 1986 r. wyjechał z Kjøllefjord na dobre, bo żadne z piątki dzieci nie chciało przejąć rodzinnego interesu. Wyjechali jak pozostałe pół tysiąca mieszkańców. Dziś w dawnym budynku kiosku jest sklep sieci Vero Moda. Linoleum na podłodze, sedes ze spłuczką na sznurek i zapach w składziku pozostały niezmienione.

Hytta

Od kilkunastu lat, mimo że drogi w Finnmarku są pierwszorzędnej jakości, a jedyne spowolnienia powodują przebiegające stada reniferów albo wylegujące się na ciepłym asfalcie owce, wiele z fiskevær stoi pustych.

Początkiem końca jest chwila, w której przestaje się oprawiać ryby w fiskebruk i kiedy zamyka się szkołę – Otto podlewa bratki pod pomnikiem tych, co polegli na morzu w oddalonym o 40 km od Kjøllefjord Gamvik, ostatniej miejscowości na drodze numer 888. Tutaj opuszczonych domów jest więcej niż zaludnionych, przy czym te zaludnione też wyglądają, jakby właściciel leżał martwy od tygodni, nadgryzany przez lemingi i rozdziobywany przez kruki i wrony. – Teraz ryby oprawia się na statkach i przywozi gotowe – Otto zapina kurtkę, bo wieje i ciemne chmury zdają się ślizgać po jego łysinie. – Zostało nas dokładnie 105 mieszkańców z ponad 400, więc prędzej czy później tego miejsca nie będzie. Odkąd dużą część produkcji

[pełna treść dostępna dla abonentów]







Zamknij