Kanał RSS

Rozmowa z Zeruyą Shalev, jedną z najbardziej znanych izraelskich pisarek

0

Czerwiec 30, 2013 przez admin



Rozmowa z Zeruyą Shalev, jedną z najbardziej znanych izraelskich pisarek






***

„Powieść Shalev wpisuje się w nurt wielkich powieści o dojrzewaniu, tylko tutaj dojrzewanie dokonuje się dopiero w obliczu śmierci. Shalev mistrzowsko buduje duszne sytuacje bez wyjścia, prowadzi nas przez piekło, po to jednak, by pokazać cienkie nitki łączące bliskich ludzi” – pisze w recenzji najnowszej książki Zeruyi Shalev „Co nam zostało” Justyna Sobolewska. Recenzja ukaże się w następnym, 27 numerze POLITYKI, w kioskach od środy 3 lipca.

***

Agnieszka Zagner: Osią pani książek jest miłość w różnych wariantach i relacje rodzinne, także i ta najnowsza „Co nam zostało” tego dotyczy, tyle że tym razem nie zajmuje się pani wiwisekcją związku, ale relacją matka-dzieci. Dlaczego to dla pani taki istotny temat?
Zeruya Shalev: Bo to najbardziej naturalne, najbliższe. Interesują mnie granice emocjonalne ludzi, nawet bardziej niż rodzina. W tym przypadku rodzina jest tylko tłem, najbardziej pierwotnym otoczeniem każdego człowieka, które determinuje jego życie. Interesują mnie więc raczej sprzeczności uczuć, wybory, stany emocjonalne.

W „Co nam zostało” opowiada pani o relacjach między umierającą Chemdą a jej dziećmi Diną i Awnerem. Chemda pochodzi z kibucu, podobnie jak pani matka.
Rzeczywiście zaczerpnęłam sporo opowieści mamy z kibucu, ale to jednak różne osobowości. Mama w dzieciństwie nie miała łatwego życia, miała marzycielską duszę, w pewnym sensie była outsiderem. Przez jakiś czas nie mieszkała w kibucu, wróciła tam z moim ojcem. Dobrze im się tam żyło, oboje byli socjalistami, brak własności prywatnej nie stanowił problemu, ojciec uwielbiał uczyć w szkole w Kinneret, w kibucu, który zakładał mój dziadek. Wszystko było wspaniałe do czasu naszych narodzin – mojego i brata. Zniszczyliśmy wszystko.

Śmieje się pani, rozumiem więc, że jednak nie obwinia się pani na serio?
Nie, to niczyja wina. Chyba dobrze się stało, bo nie wiem, czy przeżyłabym w kibucu. Zastanawiałam się często, jak potoczyłoby się moje życie, gdybyśmy tam zostali. Czy w ogóle zostałabym pisarką? W kibucu właściwie nie ma prywatności, której tak bardzo potrzebuje pisarz. Zaczęłam pisać bardzo wcześnie, gdy tylko nauczyłam się alfabetu w wieku sześciu lat. Czy tak samo byłoby, gdybyśmy zostali w kibucu?

Dlaczego wyjechaliście?
Wyjazd był w pewnym sensie rodzinną tragedią, ponieważ ojciec nie mógł znieść tego, że w tamtym czasie dzieci mieszkały w kibucu w domu dziecka.

Wspomina pani często w wywiadach, że jako dziecko była dość samotna.
Życie w kampusie Beit Berl, do którego się przeprowadziliśmy, było dość trudne. Ojciec uczył różnych przedmiotów, mama prowadziła zajęcia artystyczne. Wyjazd był dla nich wielką zmianą. Matka nie umiała gotować, bo w kibucu pracowała w polu. Musiała właściwie uczyć się wszystkiego od początku.

Było tam zaledwie dziesięć domów. Dzieci – oprócz nas – nie było praktycznie żadnych. Spędzaliśmy z bratem mnóstwo czasu ze sobą, ale przecież nie można być ze sobą cały czas, zwłaszcza, że on miał własne sprawy i własny świat – w końcu wyrósł na matematyka, a ja na pisarkę. Do szkoły chodziłam boso, przez pola. To były pionierskie czasy, pierwsze lata tego college’u. Ówczesna atmosfera bardzo mi pomogła, bo obudziła we mnie potrzebę pisania. Zaczęłam pisać, jak tylko nauczyłam się alfabetu w wieku sześciu lat. Godzinami chodziłam z kotami po polach, marzyłam i tworzyłam historie.

I tak stawała się pani pisarką…
Pierwszą powieść napisałam w wieku 10 lat. Opowiadała o życiu w rosyjskim sierocińcu. Życie bywa przewrotne, bo kilka lat temu adoptowałam dziecko z rosyjskiego domu dziecka. Teraz zastanawiam się, czy między tymi dwoma sprawami jest jakiś związek?

 








Zamknij