Kanał RSS

Jak ożywić polską edukację? | Ostatni dzwonek

0

Lipiec 13, 2013 przez admin



Jak ożywić polską edukację?

Ostatni dzwonek






Największe dotychczas wydarzenie na Stadionie Narodowym: mecz? koncert? mityng polityczny? Nie, Piknik Naukowy. Uczestniczyło w nim ponad 140 tys. osób, które cisnęły się w długich kolejkach, by obejrzeć choć kilka spośród tysiąca eksperymentów pokazywanych podczas Pikniku. Młodzi ludzie pokazali, co jest dla nich ważne i co ich interesuje.

Najnowsze, ogłoszone właśnie opracowanie „Konkurencyjna Polska. Jak awansować w światowej lidze gospodarczej?” pod redakcją prof. Jerzego Hausnera podkreśla, że warunkiem dalszego rozwoju kraju jest jakość kapitału ludzkiego, czyli to, co Polacy będą mieli w głowach. A to zależy nie tylko od ich indywidualnego zapału i dążenia do wiedzy, lecz również od jakości systemu edukacyjnego, który ów zapał powinien przekształcać w umiejętności przyszłych pracowników. Podczas prezentacji tego dokumentu w Pałacu Prezydenckim rozgorzał spór o ocenę polskiej edukacji. Marek Darecki, prezes WSK Rzeszów i lider podkarpackiej Doliny Lotniczej (tzw. klastra skupiającego dziesiątki firm lotniczych), stwierdził, że w ciągu dwóch dekad reformowania polska szkoła osiągnęła dno i jest gorsza niż za komuny. Odparowała mu Agnieszka Chłoń-Domińczak z Instytutu Badań Edukacyjnych, przekonując, że system edukacyjny systematycznie się poprawia, co można udowodnić na konkretnych danych. Ktoś kłamie? Niekoniecznie.

Niektóre statystyki rzeczywiście dają powód do dumy. Najbardziej znane międzynarodowe porównanie osiągnięć edukacyjnych 15-latków PISA, organizowane przez OECD, czyli klub najbogatszych państw świata, pokazuje, że Polska dokonała wielkiego skoku edukacyjnego w ostatniej dekadzie. Tymczasem prof. Jan Hartman, filozof, wzięty publicysta, felietonista POLITYKI oraz wykładowca pracujący z młodzieżą napływającą na uniwersytet wprost z tych szkół, w ostrym pamflecie na łamach „Gazety Wyborczej” stwierdził w maju tego roku, że polskiej szkoły nie da się zreformować i należy ją po prostu w tej postaci zlikwidować.

Zjawisko odroczonej dorosłości

Dlaczego prawda statystyk tak odbiega od odczuć rodziców, uczniów, wykładowców i pracodawców? Wielu odpowiedzi dostarczył Drugi Kongres Polskiej Edukacji zorganizowany przez Instytut Badań Edukacyjnych (IBE). W tym samym czasie, kiedy na Stadionie Narodowym tłoczyli się zaproszeni przez Polskie Radio i Centrum Nauki Kopernik entuzjaści wiedzy, na Kongresie spotkali się nauczyciele, badacze i administratorzy systemu szkolnego. Prof. Michał Federowicz, szef IBE, wpadł na prosty pomysł ustawienia debaty – rozmawiajmy o faktach, zostawmy w szatni prywatne odczucia i incydentalne doświadczenia. Popatrzmy na polską szkołę przez okulary badań naukowych szukających odpowiedzi na liczne dręczące nieustannie pytania: czy system edukacyjny wyrównuje szanse, czy przeciwnie – grozi spójności społecznej? Czy rzeczywiście produkuje bezrobotnych, bo kształci w sposób niedostosowany do potrzeb rynku pracy? Czy nauczyciele obijają się, siedząc nieustannie na wakacjach i feriach, a gdy już się zmęczą odpoczynkiem, stają do pracy na kilkanaście tylko godzin w tygodniu?

Pomysł prof. Federowicza sprawdził się znakomicie i bardzo uporządkował naszą rozmowę o systemie edukacyjnym. Jeden z kluczy do zrozumienia sytuacji młodych ludzi odnalazła psycholog prof. Anna Brzezińska, opisując zjawisko odroczonej dorosłości. Nie tylko w Polsce dostrzegamy, że młodzi coraz później wchodzą w dorosłe życie. Przedłużają pobyt w rodzinnym domu, odkładają decyzje o założeniu rodziny i samodzielności. Wygodnictwo? Trudna sytuacja na rynku pracy? Sprawa jest bardziej złożona. Wszyscy odczuwamy przyspieszenie technologiczne związane z cyfrową rewolucją, a wraz z nim przemiany w każdej sferze życia, od kultury po gospodarkę. W rezultacie, lata spędzone w szkole i na uczelni nie wyposażają młodzieży we wszystkie kompetencje, by po zakończeniu edukacji samodzielnie stawić czoła rzeczywistości. Potrzebuje ona czegoś w rodzaju moratorium, dodatkowego czasu na dokończenie procesu tworzenia własnej tożsamości, zintegrowanej osobowości zdolnej do życia społecznego. Nie powinniśmy się tym zjawiskiem niepokoić, przekonuje prof. Brzezińska, nie ujawniają się w nim deficyty dzisiejszych młodych, lecz raczej niedostosowanie reszty systemu – świata edukacji i pracy, które atakują sprzecznymi oczekiwaniami i jednocześnie nie zapewniają odpowiedniego wsparcia.

W cenie kompetencje miękkie

Czego bowiem oczekują pracodawcy? Głównie zdolności do samoorganizacji i kompetencji międzyludzkich. Pracownik powinien być samodzielny i zdolny do zarządzania swoim stanowiskiem, skłonny do współpracy, otwarty na klienta, gotowy i zdolny do ciągłego uczenia się oraz adaptacji do zmieniających się warunków. Nie zaszkodzi oczywiście, żeby posiadał wiedzę zawodową – tej jednak najłatwiej nauczyć. Najtrudniej zaś wyposażyć pracownika w tzw. kompetencje miękkie, które budować trzeba od dziecka. Prof. Brzezińska wymienia cztery: ciekawość świata, twórcze podejście do rzeczywistości, umiejętność współpracy i zaufanie, rekomendując, by położyć nacisk na ich kształtowanie od pierwszych dni pobytu dziecka w przedszkolu i nie ustawać w wysiłku aż do ostatniego dnia studiów.


Rekomendacje prof. Brzezińskiej są także niestety diagnozą – tych akurat kompetencji polska szkoła nie kształtuje, czego nie wychwytują statystyki, jakimi zachwycają się obserwatorzy z OECD. Przeciwnie, ciągle jeszcze, choć następują już powolne zmiany, systemowo nasze szkoły nastawione są – zdaniem psychologa społecznego prof. Janusza Czapińskiego – na hodowlę patologicznego indywidualizmu. Premiują indywidualne osiągnięcia, podkręcane przez testowy system oceny oraz przemysł wyścigu szczurów. Indywidualne konkursy uczniowskie organizowane są dziesiątkami przez każdą gminę, powiat i kuratorium, byle tylko była okazja do wręczenia kolejnego pucharu i dyplomu.

Cały ten ruch bez większego sensu spina „ideologia inwestowania w kapitał ludzki”, uczeń jest produktem, w który systematycznie pompuje się elementy wiedzy mającej zapewnić sukces na rynku pracy. I tu zaczynają się kłopoty – im większa bowiem presja na indywidualne osiągnięcia w szkole i poza szkołą, tym mniej czasu i uwagi na kształtowanie wspomnianych kluczowych miękkich kompetencji. Szanse na dobre zatrudnienie zamiast rosnąć, maleją, a zagubieni młodzi wychodzą z systemu jako produkty mocno niedokończone i potrzebują jeszcze więcej czasu, by się odnaleźć.

Uwolnić uczniów od testomanii

Skoro to wszystko już wiemy, dlaczego tak trudno przestawić system? Bo systematycznie pada on ofiarą tyranii dobrych intencji. Tego określenia użyli Amerykanie, gdy odkryli, że dobry z założenia pomysł, by zacząć porównywać osiągnięcia uczniów i szkół za pomocą standardowych egzaminów, doprowadził do odwrotnych skutków: egzaminy przekształciły się w testomanię, nauka w uczenie pod testowy klucz, wyniki testowych osiągnięć stały się dla polityków instrumentem do dyscyplinowania nauczycieli i kierowników szkół. Pomiar stał się celem samym w sobie, uczeń zamienił się w wiązkę mierzonych parametrów, podobnie jak samochód produkowany w fabryce Forda.

Brzmi znajomo? Niestety, w Polsce nie uniknęliśmy tej pułapki. Teraz próbujemy się z niej wydostać, mozolnie zmieniając konstrukcję egzaminów wieńczących poszczególne etapy edukacji, tak by uwolnić się od testomanii. W istocie jednak jest ona jedynie aspektem polskiej

[pełna treść dostępna dla abonentów]







Zamknij