Kanał RSS

Dlaczego dziecinniejemy? | Dziecinada

0

Grudzień 26, 2018 przez admin

Świecące łosie, migające bałwany, wieloczynnościowe anioły, czekoladowe mikołaje, sanki, dzwonki, sztuczny śnieg, syntetyczne sople, szron w spreju, wyklejanki na okna, wianki na drzwi, świeczki i świeczniki, zestaw opłatki-sianko-świeczka-stajenka w jednym, salaterki i kubeczki – wszystko z motywem choinki, jelenia, bałwana itd. Szaleństwo pozłacania i posrebrzania trwa od listopada, handel – od segmentu luksusowego po bazarowy – stoi w pełnej gotowości i błyskawicznie zmienił asortyment, jak tylko przestaliśmy przywalać groby bezmiarem chińskiej i rodzimej tandety, sztucznych chryzantem na sztucznym igliwiu, „zniczy LED LUX CEREMONY 2 na minimum 118 dni świecenia, 4,99 zł”, lampionów bez mała karnawałowych, zdobnych w plastikowe aniołki (na groby dziecięce) czy drzewka bonsai (dla nestorów).

Człowiek, prawdę powiedziawszy, mocno głupieje od społecznego nacisku, by sprostać tym estetycznym wyzwaniom, poddaje się niemej presji sąsiedzkiej i całkiem otwartej presji reklamowej; ani się spostrzeże, jak zacznie gromadzić plastikowe jajka, zające i barany – obowiązkowy staff wielkanocny.

Kilka dróg przez życie

Jest na to proste wytłumaczenie: wszystkie te maskarady są dla dzieci – żeby się cieszyły, przeżywały, uczyły tradycji. To jednak mała część prawdy. Nie dostrzega się raczej w tych cyklicznych szaleństwach objawów zjawiska znacznie szerszego: zdziecinnienia współczesnej cywilizacji. Infantylizacji człowieka.

Infantylny znaczy tyle co niedojrzały. Słowniki polszczyzny służą dziesiątkami synonimów: naiwny, lekkomyślny, beztroski, nieodpowiedzialny, smarkaty. Coraz częściej świat, który sami sobie urządzamy, traktuje nas jak dzieci. Od komercji począwszy, przez masową kulturę i media, po politykę. Jakbyśmy nie byli zdolni do samodzielnej refleksji, lecz ekstremalnie naiwni i sterowni. Co gorsza, ta pozycja dziecka jest wygodna dla ogromnej części społeczeństwa.

Zygmunt Bauman w słynnym eseju „Ciało i przemoc w obliczu ponowoczesności” (1995 r.) opisał obrazowo i przewidująco postawy i style życia w czasach ponowoczesnych. Jego zdaniem w przeszłość odchodzi typ pielgrzyma dążącego w życiu do jasnego celu: osiągnięcia pełnej tożsamości i całkowitego urzeczywistnienia swego potencjału. Zastępuje go spacerowicz, dość powierzchownie oglądający świat, którym co prawda jest zainteresowany, ale go nie rozumie. Za nim podążają włóczęga, goniący za jakąś odmianą, bez jasnego wyobrażenia sobie jej istoty i sensu; turysta, który kolekcjonuje wrażenia i ocenia świat po tym, ile mu ich dostarcza; wreszcie gracz, w którego mniemaniu świat jest miejscem twardych rozgrywek i nie ma tu miejsca na sympatię, pomoc wzajemną, solidarność, jest za to – na spryt, ryzyko, łut szczęścia.

Chciałoby się do tej listy dodać jeszcze model rozpuszczonego bachora, który dziś wydaje się wchodzić na scenę przebojem: świat jest miejscem nieustannej zabawy i hecy, dajcie mi więc natychmiast wszystko, co chcę mieć, i zabawiajcie mnie, żebym tylko się nie nudził.

Owa powszechna infantylizacja ma rozmaite odmiany. Etyczna przejawia się erozją odpowiedzialności za życie – własne i zbiorowe, obojętnością wobec świata poza progiem własnego domu, biernością polityczną, albo gorzej – traktowaniem i tej dziedziny jako kolejnego miejsca rozrywki, kiedy np. głosuje się na jakieś niepoważne indywiduum, ot tak – jak się kolokwialnie powiada – dla beki.

Świat dziecinnieje w sensie emocjonalnym. Toleruje, a nawet zachęca do manifestacji skrajnych uczuć: pompatycznych uniesień i ekstatycznej radości (bo wygrałeś 500 zł w jakiejś radiowej loterii), ale też złości, wściekłości, nienawiści. Zwłaszcza tam, gdzie możesz dawać im upust całodobowo i bezwysiłkowo: w sieci. Globalna sieć komunikacyjna ma fantastyczne potencjały, ale czasami można odmieść wrażenie, że legendarne fora społecznościowe służą opisywaniu, fotografowaniu i „zamieszczaniu do polubienia” zdjęć makaronu, który tzw. użytkownikowi udało się ugotować na obiad.

Kult nowego modelu

Najjaskrawszych dowodów na zdziecinnienie kultury dostarcza dominująca dziś estetyka. Świat rzeczy. Hasełko „must have” (kolokwialnie tłumacząc: mus mieć) bynajmniej nie jest tylko popularnym określeniem na modowe hity w młodzieżowych blogach i vlogach. Definiuje ono, jak się wydaje, doktrynę, na której opiera się materialna potęga naszej cywilizacji. To nie jest tak, byśmy – jako ludzie dojrzali – zyskali prawo wyboru z nieskończonej plejady produktów. Reklama i marketing bazują na naszej emocji, którą zapewne każdy pamięta z dzieciństwa. Na potrzebie, ba, gorącym pożądaniu czegoś tam: lalki Barbie lub transformera, scyzoryka, kolekcji plastikowych dinozaurów itd. Branże te masthewami czynią wszystko: auta, apartamenty na kredyt, suplementy diety, szampony na bielsze lub czarniejsze włosy, telefony i komputery z coraz to fantastyczniejszymi aplikacjami, funkcjami, pojemnościami, szybkościami itd. Wmawiają, że inteligentna może być nawet kuchenka gazowa.

Kult „nowego modelu”, gadżetomania, w którą nas się wpycha, jako żywo przypomina atmosferę kiepskiego przedszkola, gdzie dzieci licytują się na stan posiadania kolorowych karteczek lub sezonowo modnych naklejek. Tyle że w dorosłym świecie samochód, dzielnica, model telefonu czy zegarka człowieka pozycjonują, a przynajmniej człowiekowi się wydaje, że go spozycjonują, tzn. wzbudzą podziw i zawiść, a przede wszystkim usytuują w bandzie najfajniejszych i najsprytniejszych kolesi (koleżanek).

I byłaby ta dziecinada zabawnym rysem współczesnej ludzkości, gdyby nie owocowała takimi np. zjawiskami, jak tysiące suvów z napędem na cztery koła, ziejących spalinową trucizną w wielkomiejskich korkach. Jak chroniczne przyklejenie ludzkiego wzroku do komórek, co sprawia, że czujemy kompletną nieobecność, rzec można – odklejenie od świata – innych użytkowników przestrzeni publicznej. Jak grodzone ostrokołami osiedla, jak niedostępne dla tubylców wypucowane resorty wypoczynkowe, jak ekskluzywne kliniki chirurgiczne, gdzie ludzie dobrowolnie dają się pociąć, ponaciągać i „upiększyć” toksyną botulinową, czyli jadem kiełbasianym wstrzykniętym w wargi. Jeszcze jeden trick, by choć na chwilę zatrzymać nieodwracalną dojrzałość.

W repertuarze zachowań współczesnego człowieka dorosłego jest oczywiście zabawa, rozrywka, uczestnictwo w jakkolwiek rozumianej kulturze. Rytuały, ceremoniały, spektakle, wyścigi, walki gladiatorów, a nawet widowiskowe rzezie zawsze znajdowały masową publiczność. Pięć lat temu socjologowie Tomasz Szlendak i Krzysztof Olechnicki w opracowaniu „Megaceremoniały i subświaty. O potransformacyjnych przemianach uczestnictwa Polaków w kulturze” trafnie nazwali aktualne, dominujące w tym względzie upodobania: największe wzięcie ma obecnie „wielozmysłowa kultura iwentu”. To znaczy, że człowiek współczesny nie wybiera się na koncert, by posłuchać artysty (to motywacja elitarna i niszowa), ale jedzie na „wydarzenie”, zwykle obrandowane przez bogatego sponsora. Zainwestowanie czasu wolnego w „kulturę i rozrywkę” musi się człowiekowi po prostu opłacać. Taki czasem kilkudniowy karnawał powinien zaspokajać jednocześnie jego potrzeby estetyczne, towarzyskie, kulinarne i turystyczne. Jeśli wziąć pod uwagę masowe imprezy sportowe, jak mecze piłkarskie czy turnieje skoków narciarskich, które też mają swoistą wielozmysłową oprawę, trzeba by jeszcze dorzucić istotne potrzeby tożsamościowe. Można tam wszak manifestować bez skrępowania identyfikację z narodem i lokalną społecznością (patrz nazwy miast, miasteczek i wsi na narodowych flagach oraz na biało-czerwono umazane twarze, akcesoria kibicowskie w rodzaju czapek, peruk, szalików itd.).

Atmosfera i poziom drugiej klasy liceum (najwyżej) cechuje telewizyjne konkursy (przepraszam, formaty) na największy talent w czymkolwiek; drobnym przejawem tego jest bezceremonialne i protekcjonalne zwracanie się tzw. jurorów do każdego uczestnika po imieniu. Poziom licealnych kabaretów prezentują półamatorskie, gwiazdorskie trupy kabaretowe, gdzie głównymi figurami są chłop przebrany za babę (głupią) i chłop przebrany za jej chłopa (jeszcze głupszego). Publiczność rozmaitych nocy kabaretowych – bardziej niż dzieciaki z podstawówki – popada w spazmatyczny rechot, gdy usłyszy słowo „dupa” i każde dosadniejsze.

Source Article from https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/1774774,1,dlaczego-dziecinniejemy.read?utm_source=rss&utm_medium=rss&utm_campaign=rss

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/5 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)

0 komentarzy »

Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.

Kategorie

Odnośniki